|
Język macedoński
Język macedoński (słowiański) – należy do tzw. Grupy bułgarsko-macedońskiej
(wschodniej) j. południowosłowiańskich. Nie należy go mylić z helleńskim
językiem staromacedońskim używanym w starożytności.
Językiem macedońskim posługuje się ok. 1,8 mln ludzi, głównie w Macedonii,
gdzie ma status j. urzędowego. Status prawny języka macedońskiego w Republice
Macedonii regulowany jest ustawą o używaniu języka macedońskiego z 1998 r.
Nasze biuro tłumaczeń, współpracuje z profesjonalnymi tłumaczami
językamacedońskiego. Oferujemy tłumaczenia zwykłe i przysięgłe dokumentów
handlowych, urzędowych, a także specjalistycznych. Przetłumaczymy dla Państwa
świadectwa urodzenia, akty małżeństwa i zgonu, dokumenty związane z
zatrudnieniem i podatkami, wszelkiego rodzaju umowy.
ZAPRASZAMY
Poniżej ciekawy artykuł dot. m.innymi podziału języków na Bałkanach
Bałkański syndrom autodestrukcji
Rozmawiała Miłada Jędrysik
2006-12-28, ostatnia aktualizacja 2006-12-27 18:34
Homo balcanicus zawsze był ofiarą historii. Churchill powiedział, że
mieszkańcy Bałkanów wytwarzają więcej historii niż są w stanie znieść - mówi
pisarz Luan Starova*
Miłada Jędrysik: Pisze Pan po albańsku i po macedońsku. W szkole i w pracy
dla jugosłowiańskiej dyplomacji używał Pan serbsko-chorwackiego, który potem
zdążył podzielić się na serbski i chorwacki, z wykształcenia jest Pan filologiem
francuskim. A przecież na Bałkanach język to symbol pogmatwanych tożsamości:
albański i macedoński to dla wielu języki wrogie.
Luan Starova: Jestem szczęśliwym antybablowcem albo antybałkanobablowcem -
ostatnim człowiekiem, który mógłby budować bałkańską wieżę Babel. Nie odrzucam
żadnego języka, trzeba przyjąć każdy, jaki los dał. Język macierzysty to język
macierzysty - dar od matki. Dla mnie to albański.
Moja rodzina opuściła Albanię w 1963 r. Wszystko rozegrało się nad Jeziorem
Ochrydzkim. Zmuszeni przenieśliśmy się w zupełnie inny świat, na drugą stronę
jeziora, ze stalinowskiego komunizmu albańskiego do łagodniejszego komunizmu
jugosłowiańskiego. Mój ojciec, tak jak bohater moich "Czasów kóz", znalazł się
na drugim brzegu wygnania. Tam panował inny język - macedoński. Uczyłem się w
szkole po macedońsku, ale cały czas pogłębiałem znajomość albańskiego.
Była to w gruncie rzeczy ciężka, syzyfowa praca. Syzyf każdego dnia pchał pod
górę kamień, ja szukałem nowego słowa. I tak to trwa do dziś. Macedoński i
albański mają różną strukturę, choć oba mają indoeuropejską matrycę.
Podjąłem wyzwanie dwujęzyczności, choć były takie okresy, kiedy więcej
pracowałem po macedońsku. A teraz na przykład rozmawiamy po serbsku. Jeśli
chodzi o wybór języka literackiego, bo przecież język jest fundamentem
literatury, zwłaszcza, gdy mamy do czynienia z ekspresją typu poetyckiego, to
mam świadomość, iż nie jestem w obu językach równie głęboki.
A czy jest tak, że jeden język - ze względu na strukturę, sposób obrazowania
- bardziej się nadaje do jednej formy literackiej, a drugi do innej? Może
odpowiada innemu rodzajowi wrażliwości?
- Ująłbym to inaczej. Posługiwanie się dwoma językami pomaga mi czasem
dotrzeć do pewnych pokładów wrażliwości i odkryć w języku coś, czego inni,
którzy posługują się tylko jednym, by nie odkryli. Bardzo często czuję się
lepiej właśnie "pomiędzy", ponieważ w jednym i drugim języku jestem bardzo
dobrze osadzony. Nigdy nie rezygnuję z jednego na koszt drugiego.
Są konflikty, ale nie na płaszczyźnie języka, choć oczywiście znajdują w nim
swoje odbicie. Piszę teraz w ramach bałkańskiej sagi kolejną książkę, gdzie
zajmuję się kwestią języka na Bałkanach. Jej tytuł to "Bałkańska wieża Babel".
Punktem wyjścia jest powieść Gustawa Flauberta "Bouvard i Pecuchét" - jej dwaj
bohaterowie są kopistami, spotykają się przypadkowo i postanawiają związać swoje
losy. Obydwaj odziedziczyli pewne pieniądze, więc postanawiają stać się czymś
więcej niż tylko kopistami i wnieść swój wkład we wszystkie dziedziny ludzkiej
myśli. Próbują wywrócić do góry nogami ekonomię, filozofię, religię, politykę,
astronomię i archeologię. Oczywiście nic z tego nie wychodzi.
Ta książka posłużyła mi jako paradygmat. W mojej powieści dwóch mieszkańców
Bałkanów, Albańczyk i Macedończyk, postanawia wyrzucić ze swoich języków
wszystkie naleciałości tureckie, żeby uratować język i przyszłość swoich dzieci.
Zabierają się do roboty, wyrzucają, wyrzucają, aż wreszcie dociera do nich,
że właściwie z obu języków trzeba by wyrzucić większość słów. Bo jest ich
mnóstwo we wszystkich dziedzinach życia, począwszy od jedzenia. W końcu jeden
mówi do drugiego: jeżeli będziemy to dalej robić, zostaniemy bez języka.
To metafora przeciwko językowym czystkom etnicznym, które dzieją się na
Bałkanach. Taka czystka jest zawsze polityczna. Tymczasem języki na Bałkanach są
komplementarne, życie toczyło się wspólnie, czy trwało to pięć wieków, czy
dziesięć.
w poprzek Jeziora Ochrydzkiego, między jugosłowiańskimi republikami. Jest Pan
jednym z niewielu już chyba ludzi, którzy z wyboru żyją w dwóch kulturach:
albańskiej i macedońskiej. Szczególnie w ostatnich czasach musiało to być
niełatwe. Co Panu dało siłę i przekonanie, że jednak warto przekraczać granice?
- W Macedonii wciąż jeszcze możliwe jest współżycie między Macedończykami i
Albańczykami. Albańczycy współrządzą państwem, są w parlamencie, rządzie,
dyplomacji. Sam byłem ambasadorem Macedonii w Paryżu. Zdecydowanie trzeba
podtrzymywać ten stan rzeczy, choć nie jest to łatwe. Jeżeli uda nam się
wytrzymać jeszcze pięć, dziesięć lat, to uda nam się też wejść bez większej
traumy do Europy.
Gdybym w to nie wierzył, nie mógłbym pisać w tych dwóch językach. Świadomość
różnic między obydwoma kulturami dawała mi przewagę. Skoro Macedonia ma taki
kapitał trwającego przez wieki wspólnego życia, dlaczego nie mielibyśmy tego
kontynuować? Wytworzyły się wspólne obyczaje, mamy wspólne przeżycia. Bez
względu na religię byliśmy zbratani. Tańczyliśmy razem, wspólnie obchodziliśmy
święta.
Wszyscy na Bałkanach, kiedy kiwają głową przecząco, jednocześnie cmokają.
Albańczycy, Macedończycy, Serbowie. To jest taki wspólny gest, którego się nie
da wykorzenić. Podobnych rzeczy jest bardzo dużo.
Mitologizacja różnic powinna w przyszłości stać się tylko złym wspomnieniem.
Jestem przekonany, że młode pokolenia będą chciały zgody. A jeśli nie, to
zablokują sobie przyszłość w Europie. Bo u nas często zdarza się tak, że się
mówi: no, najpierw musimy wejść do Europy, a potem to zobaczymy, jak to będzie.
Czy nie jest Pan niepoprawnym optymistą? Historia Bałkanów w XX w. raczej nie
powinna nastrajać do optymizmu.
- Mówi się, że dyplomaci są optymistami, bo są źle poinformowani. Ale ja po
prostu mówię językiem życia, czyli serca i duszy. Byłem wiele lat w dyplomacji:
w czasach Jugosławii byłem ambasadorem w Tunisie, przy Organizacji Wyzwolenia
Palestyny. Dobrze znałem Jasera Arafata. Dużo widziałem w tamtym czasie i myślę,
że wystarczająco dużo wiem, żeby nie być naiwnym.
Sześć lat byłem ambasadorem Macedonii w Paryżu, gdy odzyskaliśmy
niepodległość. Przyjąłem to stanowisko dlatego, że wierzyłem, iż Albańczycy
powinni pomóc państwu, w którym żyją. Zdarzały się trudne momenty i konflikty w
naszych wzajemnych stosunkach, ale mimo to udawało się porozumieć. Może dla
skrajnych nacjonalistów jestem przykładem nadmiernej odwagi, ale myślę, że
gdybym nie był odważny, to musiałbym przestać pisać.
Mówiąc o tej możliwości współżycia, nie myślę tylko o sobie, ale też o
pokoleniu moich dzieci, a także o ich dzieciach. Może oni będą patrzeć na nasze
konflikty jak na coś nienormalnego?

Fot. Dorota Jovanka Ćirlić
Luan Starova
W książce "Czasy kóz" jeden z bohaterów mówi o syndromie autodestrukcji na
Bałkanach: kiedy coś się zbuduje, zaraz potem trzeba to zniszczyć. Czy nadszedł
już czas, kiedy ten syndrom będzie można zwalczyć?
- To jest właściwie syndrom samoofiarowania. Napisałem książkę "Bałkańska
ofiara", gdzie opowiadam o tym, o poszukiwaniu kozła ofiarnego.
Powtarzamy jak refren, że Bałkany to przeklęte miejsce. I właściwie nie wiemy
dlaczego. Myślę, że tajemnica leży w tym, że pod koniec XIX w., u schyłku
długiego okresu panowania osmańskiego, doszło do głosu przekonanie, że musi
dojść do konfliktu między Zachodem a Wschodem, czyli światem słowiańskim i
muzułmańskim. Takie przekonanie, iż ten konflikt jest nieuchronny, podzielali
także wielcy pisarze, chociażby Ivo Andrić. Można więc uważać, że i oni ponoszą
część odpowiedzialności za wywołanie tego konfliktu.
Jest taki bałkański mit o kobiecie zamurowanej w twierdzy, której nie dawało
się wznieść bez złożenia ludzkiej ofiary. Bałkańska mitologia, a w ślad za nią
pisarze tłumaczą, że jej ofiara była konieczna ze względu na działanie sił
nadprzyrodzonych, niepoznanych przez człowieka. To tak samo, jakby powiedzieli,
że konflikt jest nieuchronny.
Tymczasem Marguerite Yourcenar w swoim opowiadaniu "Pokarm śmierci" napisanym
jeszcze przed II wojną światową mówi, że w ofierze kobiety trzeba szukać powodów
racjonalnych. Nie jest to przekleństwo ani wpływ nadprzyrodzonych istot czy
bóstw. Chodzi więc o to, by zrozumieć przeciwne opinie, a nie mitologizować je.
Podam inny przykład, z historii Chorwatów, którzy mają obsesję europejskiego
mitu. W końcu XIX w. żył znany malarz Josip Ratić. Napisał o nim esej Miroslav
Krleża, największy chorwacki pisarz. Dla Raticia ideałem był impresjonizm. Ale
los rzucił go do Monachium i musiał robić barokowe chałtury, żeby przeżyć.
Potem, jak już zarobił trochę pieniędzy i dotarł wreszcie do Paryża, okazało
się, że impresjonizm już się kończy. Apollinaire z Picassem zapowiedzieli już
nadejście kubizmu. Biedny Ratić zrobił kilka kopii impresjonistów. Pozostał we
władzy mitu czegoś, czego nie udało mu się osiągnąć. I popełnił samobójstwo.
Złożył siebie w ofierze.
Krleża tłumaczy to w swoim eseju jako niemożność znalezienia racjonalnego
wyjścia. Składa się ofiarę z samego siebie, kiedy nie jest się w stanie
przenieść mitycznego postrzegania rzeczywistości w świat realny.
To bardzo złożony problem. Może jednym z powodów pojawienia się bałkańskiego
syndromu autodestrukcji jest długotrwała izolacja tego regionu od reszty Europy?
Albańczycy ciężko przeszli okres stalinizmu. W całym kraju powstały dziesiątki
tysięcy potwornych bunkrów, w których fundamentach "zamurowano" tysiące ludzi.
Ta ofiara jest wciąż ponawiana. Literatura może pokazać, pokazać zło, ale nie
może go usunąć. To zadanie dla innych.
Z czego jeszcze prócz izolacji od reszty Europy może się brać tak głębokie
zakorzenienie w micie bałkańskich literatur i kultury?
- Równie ważna może być mentalność niewolnicza. Mieszkańcy Bałkanów byli
przez tysiące lat rządzeni przez obcych - cesarzy rzymskich, bizantyjskich i
otomańskich. Zawsze byli niewolnikami. Potem była I i II wojna światowa - oni
nigdy ich nie prowadzili, byli ofiarami, podporządkowanymi, zmanipulowanymi.
Dziewiąty tom mojej sagi bałkańskiej, "Miłość generała", dzieje się w czasie I
wojny światowej. Wtedy Bałkany były polem walki 20 armii: byli tu Francuzi z
żołnierzami z Indochin, Włosi z Abisyńczykami. To była wojskowa wieża Babel, a
wszystko na jednym małym kawałku ziemi, gdzie żyli zwyczajni ludzie, którzy
zostali wpuszczeni w wir historii. Nie mogli zostać zwycięzcami.
A co dopiero mówić o II wojnie światowej. Homo balcanicus zawsze był ofiarą
historii. Churchill w czasie I wojny powiedział, że mieszkańcy Bałkanów
wytwarzają więcej historii, niż są w stanie znieść.
Dlatego Jugosławia była projektem skazanym na porażkę. Edgar Morin, francuski
filozof i socjolog, twierdził, że Jugosławia potrzebowałaby jeszcze 10-15 lat,
by uniknąć krwawego rozpadu. Ale, niestety, zwyciężyły nacjonalistyczne
ekstremizmy i Bałkany znowu są skazane na długą drogę. Drogę krzyżową do Europy.
Ale dotrą tam. Jestem optymistą.
wywiad przełożyła Dorota Jovanka Ćirlić
*Luan Starova (ur.1941) - jeden z najwybitniejszych pisarzy macedońskich.
Największe uznanie przyniósł mu cykl prozatorski "Bałkańska saga", do któregoj
należy wydana po polsku powieść "Czasy kóz" nominowana w 2006 r. do nagrody
Angelusa.
Więcej...
http://wyborcza.pl/1,86726,3815921.html?as=2&startsz=x#ixzz1DTYs08dl |